Witam!
Witam na moim świeżo założonym blogu. Nie ukrywam, że do pisania tego opowiadania nakłoniło mnie przeczytanie książki pt. "Zmierzch" oraz jej kontynuacji "Książyc w nowiu". Historia Edwarda i Belli mnie urzekła, ale mam nadzieję, że moja twórczość nie będzie kopią tych dwóch książek. To by było na tyle, jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterach, historii przedstawionej w opowiadaniu, o mnie to zapraszam tutaj...
Milego czytania
Rozdzial 6.
Wyszli na zalany słońcem dziedziniec przed willą. Pojedyncze obłoki wybijały się swoją bielą na tle delikatnego błękitu. Zieleń drzew posadzonych wzdłuż Rue Murillo dopełniała ten widok. Wolnym krokiem ruszyli w stronę czarnej bramy z pozłacanymi zdobieniami. Na ulicy nie było dużego ruchu. Co jakiś czas pojawiały się pojedyncze samochody. Gdy dotarli do skrzyżowania, a Monique zdążyła odczytać nazwę ulicy – Avenue Ruysdael – Jack szturchnął ją lekko w ramię, aby zwrócić jej uwagę na koniec ulicy po lewej stronie. Prowadziła ona wprost do najcudowniejszego parku, jaki dziewczynka w życiu widziała. Z radości jej oczy aż się zaiskrzyły. Teraz szli już trochę szybszym krokiem, a tempo to narzucała zaciekawiona Monique. Wejścia do tego raju zieleni strzegła brama, podobna do tej, która odgradzała willę wuja od ulicy, ale ta była jeszcze bardziej zdobiona a na jej szczycie widniał herb z dwoma lwami. Ledwo pod nią przeszli, a już zrobiło się ciemniej, jakby weszli do pokoju, gdzie okna zasłonięte są kotarami. Gdy panna Rousseau podniosła wzrok ku górze znalazła przyczynę tego „zaćmienia” – drzewa nad nimi rosły tak gęsto, że tylko nieliczne i najsilniejsze promienie słońca zdołały przedrzeć się przez skorupę z liści. Jack poprowadził ją alejką skręcającą w prawo. Nadal nic nie mówił. Ale dziewczynce to nie przeszkadzało. Dzięki temu mogła dowoli nacieszyć oczy wszystkimi rzeźbami, które stały to dalej, to bliżej ścieżki. Ale to nie były jedyne atrakcje, które park posiadał w swoich zastępach. Podczas przechadzki Monique widziała również małą piramidkę oraz, co ją bardzo zadziwiło, łuk, który był niebywale podobny do tego, który oglądała w podręczniku do historii. Widać było, że ktoś, kto zajmował się architekturą tej oazy zieleni wiedział, co robi. Poczynając od drzew, kończąc na zabytkach - wszystko się różniło i było nadzwyczaj piękne.
Gdy Monique rozmyślała tak nad urokiem otaczającej ją zieleni, weszli na mały mostek przerzucony nad wąskim strumieniem. Dziewczynka przystanęła na chwilkę i zapatrzyła się w promienie południowego słońca tańczące wesoło na powierzchni zarośniętej wody. Nagle poczuła, że ktoś dotykając jej ramienia, opiera się obok niej o balustradę. Teraz i Jack wpatrywał się w hipnotyzujące złoto na wodzie.
- Kiedyś wpadłem do tego strumienia – powiedział nagle. – Byłem wtedy jeszcze bardzo mały. Pamiętam, że wyłowiłem wtedy sznur drogocennych pereł. Mama opowiadała mi, że być może zgubiła go kiedyś jakaś bogata dama, spacerująca po parku wiele lat temu.
- Masz go do teraz? – Zapytała zaciekawiona.
- O tak…Postanowiłem, że dam go pierwszej dziewczynie, w której się zakocham – zamyślił się.
Dziewczynka była zaskoczona tym, że mówi jej takie rzeczy.
- Jack, ile tak właściwie masz lat?
- Hm… A ty? – Uśmiechnął się łobuzersko.
- Pierwsza zapytałam – powiedziała z charakterystycznym dla siebie naciskiem, gdy coś ją drażniło.
- We wrześniu skończę piętnaście.
- Och, jesteś aż trzy lata ode mnie starszy – powiedziała ni to z rozczarowaniem, ni to z radością.
- To wcale nie taka duża różnica, gdy będziemy starsi będzie ona wręcz niezauważalna.
- Być może, ale obecnie te trzy lata sprawiają, że jesteś ode mnie mądrzejszy, dojrzalszy i… dużo wyższy – zaśmiała się. – My tu sobie spokojnie rozmawiamy, a przed nami, jak mi się zdaje, jeszcze dużo zakątków do zobaczenia. Chodź – pociągnęła go za rękaw. Chłopak zachichotał i ruszył za nią, nie musząc się wysilać, aby dotrzymać jej kroku.
Pomimo, że spacerowali już ponad pół godziny, park im się nie znudził. „Ogród marzeń” w każdej swojej alejce chował tajemnicę i jakąś nieopisana magię. W pewnym momencie, Monique, dostrzegła prześwitującą pomiędzy żywopłotem i drzewami, kolumnadę rodem ze starożytnej Grecji. Aż w końcu wyszli zza rogu i jej oczom ukazało się całe piękno tego miejsca. Porośnięta mchem koryncka kolumnada okalała brzeg niewielkiego stawu ze sztuczną wyspą po środku. Taflę wody pokrywały lilie. Stanęli nad brzegiem i napawając się niezwykłością tego miejsca wdychali świeże, wilgotne powietrze, tak bardzo różniące się od zanieczyszczonego powietrza ulicy.
Jack spojrzał na swoją młodszą towarzyszkę. Jak myślał, że jej oczy świecą się gdy zobaczyła w oddali Park Monceau, tak teraz musiał stwierdzić, że się wręcz iskrzą ze szczęścia. Chwilę jeszcze postali, obeszli wodę dookoła i ruszyli dalej. Kilka minut drogi od stawu znajdował się wodospad wypływający ze sztucznych skał. Monique podbiegła do niego ochoczo zachęcając do tego samego Jacka. Chłopak podszedł do niej z zaciekawioną miną. Ta wykorzystała moment nieuwagi chłopca i pochlapała go po twarzy wodą wypływającą ze szczelin. On nie pozostał jej dłużny. Bardzo szybko się zrewanżował i teraz oboje mieli zwilżone włosy, a kropelki wody ściekały po pojedynczych kosmykach przy twarzy. Ich śmiech udzielał się przechodniom, którzy patrząc na nich uśmiechali się w duszy i myśleli „Jakie z nich przeurocze rodzeństwo”.
Lecz ta zabawa nie mogła trwać wiecznie. Po chwili nie tylko włosy mieli mokre, więc Jack z rozsądku zaproponował osuszenie się na słońcu. Wybrali pierwszą z brzegu ławkę i usiedli na niej.
- Cudowne miejsce. To zadziwiające, że mieści się tak blisko domu wuja. Będziesz tu ze mną przychodził? – Zapytała przekrzywiając główkę w jego stronę.
- Jak będę miał czas, to na pewno. A poza tym, przyznaję ci rację, jest to jeden z najpiękniejszych parków w mieście.
Siedzieli tak przez chwilę w ciszy wystawiając twarze do słońca. Wokół nich panował spokój. Rozmowy ludzi spacerujących po „ogrodzie marzeń” były jak tajemnicze szepty dobiegające z każdej strony. Śpiew wiosennych ptaków brzmiał niczym niebiańska muzyka. Gdy zamykało się oczy, zapominało się, że gdzieś za drzewami jest świat. Świat będący z góry przegraną przez człowieka walką z czasem.
- Monique – powiedział nagle Jack – muszę pójść pomóc mamie. Czy chcesz wrócić ze mną, czy wolisz zostać, a ja wrócę po Ciebie za niecałą godzinę? Oczywiście gdybyś została, nie ruszyłabyś się z miejsca choćby nie wiem co, rozumiesz?
- Tak, tak wiem. Z chęcią zostanę. Wzięłam ze sobą książkę, więc będę miała, co robić. Tu, na świeżym powietrzu, na pewno spędzę czas milej niż w domu.
- Dobrze, to jesteśmy umówieni. Czekaj tu na mnie, będę za godzinę. Cześć.
Odprowadziła towarzysza wzrokiem. Powoli się oddalał wzdłuż głównej alejki, prowadzącej do bramy, którą weszli do parku, aż w końcu jego sylwetka znikła jej zupełnie z oczu.
Monique wyjęła z torebeczki książkę i otworzyła na stronie założonej zakładką. Opowieść przedstawiona w książce dopiero się rozkręcała. Akcja miała miejsce w Paryżu, co bardzo jej się podobało gdyż mogła przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o tym mieście, w późnych latach pięćdziesiątych XX wieku. Młoda kobieta, dziennikarka, trafiła na fragment dokumentu, będący poszlaką w ważnym śledztwie prowadzonym, przez znanego detektywa. Chciała mu ją od razu dostarczyć, lecz w drodze do biura została zaatakowana. Napastnik pozostawił po swoim ataku dwa ukłucia na szyi, z których wypływały stróżki krwi. Zdezorientowana dziewczyna zaczęła biec do biura detektywa Thomasa. Wpadła do jego gabinetu i w agonii wytłumaczyła mu co znalazła. Chwilę później zmarła w jego ramionach.
Panna Rousseau czytała rozdział za rozdziałem, jednym tchem. Mimo, że była to książka poruszająca może trochę nieodpowiedni temat dla dziewczynki w jej wieku, nie mogła powstrzymać się od dalszej lektury. Z biegiem wydarzeń akcja była coraz szybsza, a w sprawie niemających końca morderstw układanka z dowodów dawała jedną spójną całość. Detektyw Thomas wiedział, że tym razem nie ma do czynienia ze zwykłym mordercą czy gwałcicielem. Powoli zdawał sobie sprawę, że miasto jest na łaskach istoty tak odmiennej od ludzi, a zarazem tak do nich podobnej. Jest na łaskach wampira.
Dziewczynka aż krzyknęła, gdy nagle ktoś poklepał ją po ramieniu. Poderwała się z miejsca jednocześnie zatrzaskując książkę. Tuż przed nią stał Jack.
- No Monique, czas się zbierać – powiedział ze zdziwioną miną, która została mu po tym jak zobaczył reakcję dziewczynki. – Co ty tak właściwie czytasz?
- A co ciebie to obchodzi? – Odpowiedziała agresywnie.
- Nic, tak tylko pytam, z ciekawości.
- „Dolina Mgieł”, mówi ci coś ten tytuł?
- Nie, nie sądzę. A o czym to? – Zainteresował się.
- Cóż, jakby to powiedzieć. O Paryżu zaatakowanym przez wampira…
- Co! – chłopak zareagował natychmiastowo. – I ty czytasz takie książki. Przecież to w najmniejszym stopniu nie jest odpowiednia literatura, dla dwunastoletniej dziewczynki.
- I co z tego – oburzyła się. – Zabronisz mi to czytać?
- Powinienem, ale nie. Nie zrobię tego. Lecz gdy będą ci się śniły koszmary po nocach, to nie przychodź do mnie ze łzami w oczach – powiedział z determinacją. Miał nadzieję, że po tych groźnie wypowiedzianych słowach Monique zmądrzeje i sama zostawi tę książkę na późniejsze lata swojego życia.
- Tak czy siak, przeczytam ją. Jest na prawdę ciekawa, a poza tym nie lubię przerywać czytania w połowie, nie wiedząc, co będzie dalej.
- Zrobisz jak zechcesz, a teraz chodźmy.
Ruszyli prawie pustą alejką w kierunku bramy wejściowej. Ptaki nadal pięknie śpiewały, a widoki ani trochę się nie zmieniły. Lecz Monique zdenerwowana wymianą zdań z Jackiem już ich nie podziwiała. Szła z zaciętą miną, a jedyną emocją, która pojawiała się na jej twarzy była złość. Nie wyobrażała sobie, że ktoś może zabronić jej czegoś czytać, albo przynajmniej powiedzieć, że nie jest to dla niej odpowiednia lektura.
Wyszli z parku i przeszli przez ulicę, teraz trochę bardziej ruchliwą niż przed południem. Mijali kolejno pojedyncze sklepiki i kawiarnie. Bez słowa. Monique zerkała od czasu do czasu na swojego towarzysza. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.
Nagle z torebki dziewczynki wysunęła się książka. Wypadła na zadbany chodnik, a wiatr otworzył ją na jednej ze stron. Jack, który niczego nie zauważył, szedł dalej, nie mając świadomości, że jego podopieczna zatrzymała się. Panna Rousseau uklękła, aby podnieś zgubę, gdy jej wzrok zatrzymał się na wnętrzu bramy, przed którą była. Stało tam dwóch mężczyzn. Jeden, w pelerynie z kapturem na głowie, był odwrócony tyłem, drugi zaś będąc w objęciach tego pierwszego miał przekrzywioną głowę na jego ramię. Jego ciałem wzdrygały jakieś dreszcze, a z oczu płynęły łzy. Gdy jego oczy spotkały się z oczami dziewczynki, odwróciła wzrok. Scena ta nie zwróciłaby niczyjej uwagi, ale ona dopiero, co przeczytała w „Dolinie mgieł” opis identycznej sytuacji - Mężczyzna idąc ulicą został zaciągnięty do zacienionej bramy, gdzie został zaatakowany. W scenie, której właśnie była świadkiem, napastnikiem mógł być pierwszy lepszy bandyta. W przeczytanej przez nią książce był to wampir.
Komentarze | (32)
Rozdzial 5.
Do pokoju przez grube, czerwone zasłony, wlewało się sprytnie jasne światło wstającego słońca. Układało się w zbiór migoczących plamek na łóżku Monique. Dziewczynka przewróciła się na drugi bok, aby słońce nie raziło ją w oczy. Nakryła głowę kołdrą i zwinęła się w kłębek. Nie spała już, ale chciała jeszcze przez chwile zostać w pięknej krainie snów. Śniło jej się, że fruwa nad ulicami Paryża i ląduje na szczycie Wieży Eiffla. Był to piękny sen. Widziała w nim Paryż takim jakim sobie go wyobrażała po zobaczeniu kilku jego atrakcji.
Gdy tak leżała i wspominała ulotne chwile snu, rozległo się pukanie do drzwi, poczym ktoś je otworzył. Zawiasy odpowiedziały lekkim skrzypieniem. Już po chwili dało się słyszeć kroki stawiane delikatnie na drewnianej podłodze. Monique mimowolnie odwróciła się, aby zobaczyć Jacintę stojącą nad nią w swoim żółtym komplecie i śnieżnobiałym fartuszku.
- Pan Monfort kazał panienkę obudzić. Przygotowałam dla panienki kąpiel, a za pół godziny będzie na panienkę czekało śniadanie – powiedziała pokornym głosem.
- Dobrze – ziewnęła dziewczynka siadając na łóżku i wsuwając niebieskie kapcie. – Już się zbieram. I jeszcze jedno, Jacinto, zdaję mi się, że torby z ubraniami, które wczoraj kupiłam z Amanda, zostały na dole. Mogłabyś mi je przynieść do łazienki?
- Oczywiście, panienko – odpowiedziała i znikła za drzwiami.
Monique podniosła się ze zdobionego łóżka i podeszła do okna. Pogoda była piękna. Słońce świeciło jasno, migocząc między liśćmi pobliskiego parku. Otworzyła okno, aby wpuścić do środka odrobinę świeżego powietrza. Niestety szybko musiała je zamknąć, ponieważ stojąc w oknie w samej koszuli nocnej, było jej po prostu zimno.
Z uśmiechem na twarzy weszła do łazienki. Była ona bogato wykończona. Czarne kafelki na podłodze i białe ze złotymi zdobieniami na ścianach nadawały pomieszczeniu elegancki wygląd. Przyjrzała się sobie w ogromnym lustrze wiszącym nad umywalką. Właśnie miała zsuwać z siebie koszulę nocną, gdy usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi i przejęła od służącej liczne torby z zakupami. Grzecznie podziękowała i zamknęła drzwi, aby wziąć kąpiel. Zsunęła z ramion strój nocny i podeszła do wanny. Wchodziło się do niej po schodkach, a wokół była wyłożona kafelkami. Zanurzyła jedną stopę, aby stwierdzić, jaka jest woda. Była akurat dobra do kąpieli. Spięła włosy w kok, poczym cała zanurzyła się w wodzie. Wzięła butelkę z płynem do kąpieli i wylała sobie trochę na rękę. Zaczęła go dokładnie wcierać w ciało. Pachniał różami. A Monique lubiła zapach róży. Mogłaby się rozkoszować tą wonią długo, ale przypomniała sobie, że za chwilę będzie czekało na nią śniadanie. Spłukała płyn równie szybko jak go w siebie wtarła. Odkręciła korek i wyszła z wanny. Gdy już się dokładnie wytarła odwiesiła czarny ręcznik na wieszak i założyła bieliznę. Teraz musiała wybrać, co na siebie włożyć. Otworzyła pierwszą lepszą torbę, aby stwierdzić, że znajduje się w niej czarna spódniczka do kolan z dużą ilością falbanek. Wyjęła ją i położyła obok siebie na podłodze. Zajrzała do kolejnej torby i po chwili wyjęła z niej białe rajstopy z czarnymi, delikatnymi wzorkami oraz czerwoną koszulkę z krótkimi, bufiastymi rękawami. Ubrała się w rzeczy wyjęte z toreb i poszukała w nich jeszcze jakiejś bluzy i butów. Wyjęła czerwone pantofelki i biały żakiecik z rozszerzanym dołem. Czuła się w tym wszystkim jak jakaś modelka, ale mimo to zeszła na dół do jadalni po długich i starych schodach zdobionych w stylu La Belle Epoque.
Gdy weszła do jadalni, przy zastawionym dla jednej osoby stole, siedział jej wuj. Podeszła do stołu i usiadła przy nakryciu.
- Witaj Monique. Jak się spało? Mam nadzieję, że nie za wcześnie kazałem cię obudzić? – tymi słowami powitał ją pan Monfort.
- Nie, nie, godzina jest odpowiednia. I tak już nie spałam. Masz bardzo ładny dom, wuju.
- Dziękuję bardzo. Na co masz ochotę. Na brioches
1, pains au chocolat
2 czy na croissanta
3? Do picia kawę czy herbatę? – Zapytał z troską.
- Hmmm… Poproszę brioches i kawę z mlekiem i cukrem. – odpowiedziała, chociaż nie była do końca pewna co to tak naprawdę są brioches.
Wuj zawołał Jacintę aby przekazała kucharce, na co Minique ma ochotę. Służąca wróciła po chwili z pełną tacą. Postawiła na stole jej zawartość i odeszła bez słowa. Monique nie widziała za co się najpierw zabrać. Siedziała przez chwile wpatrując się w pięknie pachnące bułeczki na białym, zdobionym złotem talerzyku.
- Jedz. Poczekam na ciebie, a później porozmawiam, dobrze? – Powiedział wuj patrząc na Monique. Ta kiwnęła głową i zabrała się za kawę.
Wzięła w dłonie filiżankę, również pięknie zdobioną. Nasypała do niej trzy łyżeczki cukru, z kryształowej cukiernicy. Zamieszała płyn łyżeczką i wzięła łyka. Kawa była pyszna. Monique bez zastanowienia stwierdziła, że najlepsza, jaką do tej pory piła w swoim krótkim życiu. Odstawiła filiżankę na spodek i przyciągnęła do siebie talerzyk z brioches. Urwała kawałek i spróbowała. Była słodka i miękka. Urwała następny kawałek i zamoczyła w kawie. Oba smaki świetnie się ze sobą komponowały.
Chwilę później skończyła ostatnią, z trzech bułeczek, dopiła resztkę kawy i spojrzała na wuja.
- Było bardzo smaczne, dziękuję.
Do tej pory wuj przeglądał coś w porannej gazecie popijając herbatę z dużej filiżanki. Teraz złożył gazetę i odłożył ją na bok. Spojrzał na siostrzenicę.
- Bardzo się cieszę, że ci smakowało. Przyznam, że piekarnia, w której kupujemy pieczywo jest jedną z najbardziej znanych w całym Paryżu. Specjalizują się właśnie w tych słodkich, małych bułeczkach. Ale nie mówmy już o jedzeniu. Wyjeżdżam dzisiaj, wraz z Amandą w interesach. Wrócimy za trzy dni, prawdopodobnie wczesnym popołudniem. Bardzo mi przykro, że będę musiał zostawić cię tu samą bez żadnej rozrywki, ale obiecuję że jak wrócimy, Amanda będzie miała dla ciebie niespodziankę. Teraz poproszę cię abyś udała się do swojego pokoju. Przyśle do ciebie syna Jacinty. Jest niewiele starszy od ciebie, ale za to bardzo odpowiedzialny. Na pewno z chęcią zabierze cię do pobliskiego parku. Co ty na to?
- Chętnie. Pogoda dzisiaj jest naprawdę piękna.
- No to wszystko ustalone. Miłej zabawy, Monique. - Po tych słowach wuj wstał i sprężystym krokiem udał się do drzwi. Na wychodnym dodał tylko - Mam nadzieję, że będziesz na siebie uważała. Do zobaczenia.
Monique siedziała jeszcze chwilę w wygodnym krześle, zastanawiając się na co też wuj kazał jej uważać. Lecz szybko odpędziła od siebie te myśli. Już miała wychodzić z jadalni, gdy usłyszała dźwięk podjeżdżającego samochodu. Podeszła do okien i minimalnie odchyliła grubą kotarę. Na dworze nadal świeciło piękne słońce, na niebie nie było śladu chmurki. Pod willę wuja podjechał ten sam samochód, którym Monique poprzedniego dnia jeździła po Paryżu ze swoją młodą opiekunką. Usłyszała dźwięk zamykanych drzwi od domu i jej oczom ukazał się wuj z Amandą. Obydwoje chowali się przed słońcem pod czarnymi parasolami. Ze zdziwieniem przyjrzała się im. Na dłoniach mieli skórzane rękawiczki a na oczach ciemne okulary. Zdziwiło ją to bardzo, ale postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Zasłoniła kotarę i udała się do wyjścia.
Gdy znalazła się w swoim pokoju wszystkie torby z ubraniami, jakie jeszcze niedawno zostawiła w łazience były równo poukładane przy łóżku. Wyrzuciła z nich wszystko na pościel. Poukładała koszuli i wsadziła je do pustej szafy. Następnie powiesiła wszystkie bluzy, spodnie i spódnice na wieszakach i zawiesiła je na poręczy w tej samej szafie. Po wykonaniu tych czynności usiadła na łóżku i rozejrzała się. Jej wzrok zatrzymał się na ramce ze zdjęciem rodziców. Wzięła ją do rąk i podeszła do okna. Opadła się o parapet i popatrzyła na przytulającą się parę.
Ciągle nie mogła uwierzyć w to, że więcej ich nie zobaczy. Że są gdzieś, gdzie ona nie może pójść. Tęskniła za nimi. Ale nie chciała już płakać. Pani Ljones powtarzała jej, że oni na pewno by tego nie chcieli. „Na pewno nie chcą, żeby ich córeczka się bez przerwy smuciła” – mówiła. Mimo, że łzy nie napływały jej już do oczu, nadal, gdy o nich myślała coś kłuło ją w środku.
Znów spojrzała na szczęśliwą parę na zdjęciu. Jej mama była taka piękna.
- Och, jakbym chciała się do niej przytulić… - odruchowo przytuliła do siebie ramkę.
Rozmyślania te przerwało krótki pukanie. Monique szybko otarła łzy, odstawiła ramkę na miejsce i podeszła do drzwi. Uchyliła je. Jej oczom ukazał się wyższy od niej chłopiec, dobrze zbudowany, z sięgającymi ramion, blond włosami. Jego ciemno zielone oczy patrzyły na nią z ciekawością.
- Przysłano mnie do panienki, abym zabrał panienkę na spacer – powiedział wesoło.
- Ach tak. Jesteś synem Jacinty. Miło cię poznać. Jestem Monique – wyciągnęła rękę na przywitanie. Ten ujął ją w swoją.
- Mnie też jest miło. Jestem Jack - uśmiech zagościł na jego twarzy. – To co, idziemy do parku?
- Bardzo chętnie. Poczekaj na mnie na dole.
Przymknęła drzwi i rozejrzała się po pokoju. Wzrokiem szukała książki, którą wczoraj wyniosła z biblioteki. W końcu jej wzrok zatrzymał się na biurku. Leżała tam, czekając aż ktoś znów ją otworzy i zanurzy w niej swe myśli. Dziewczynka bez zastanowienia wsadziła ją do torebki na długim pasku, którą kupiły wczoraj z Amandą i wybiegła z pokoju. Cieszyła się bardzo na spacer. Park, który widziała z okna, był naprawdę piękny.
Gdy zeszła na dół, zobaczyła, że Jack czeka już na nią przy drzwiach. Podeszłam do niego i podniosła wzrok lekko do góry, aby spojrzeć mu w oczy.
- To co? Idziemy, panienko? – Zapytał.
- Mówiłam już, że jestem Monique – tupnęła lekko nóżką w drewnianą podłogę.
- Tak, wiem. Tylko żartowałem – Powiedział lekko rozbawiony jej reakcją.
1Kliknij aby zobaczyć.
2Kliknij aby zobaczyć.
3Kliknij aby zobaczyć.
Komentarze | (36)
Rozdzial 4.
Jadąc pod wieczór przez ulice Paryża, Monique była jeszcze bardziej zachwycona niż w południe. Ściemniało się już, więc wszystkie wystawy, kawiarnie, budynki i napisy były podświetlone. Można by powiedzieć, że całe miasto się błyszczy. Wyjechali nad Sekwanę. Oczom Monique ukazała się potężna budowla z dużą ilością okien. Nie mogła od niej oderwać wzroku.
- Jedziemy właśnie Quai Des Tuileries
1, a po prawej mijamy Louvre
2. Jego historia sięga średniowiecza, niegdyś pałac, obecnie jedno z największych i najciekawszych muzeów na świecie. Ludzie stoją w bardzo długich kolejkach, aby do niego wejść, ale naprawdę warto. Kiedyś się tu wybierzemy – uśmiechnęła się. – Znasz na pewno obraz Leonarda da Vinci „Mona Lisa”
3?
Dziewczynka pokiwała głową, patrząc na Amandę zaciekawionym wzrokiem.
- Więc już niedługo zobaczysz ją na żywo. A to nie jedyne dzieło, znane na cały świat, które znajduje się w Musee du Louvre
4.
Jechali dalej wzdłuż Sekwany, a Monique zastanawiała się, jakie to uczucie – oglądać na żywo takie dzieła jak „Mona Lisa”?! Patrzyła nieobecnym wzrokiem w szybę. Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie się w takim miejscu jak Paryż, więc nie wyobrażała sobie jak piękne jest to miasto. „Ilu tu musiało żyć kiedyś artystów!” – Myślała.
- Monique, zaraz za tym zakrętem zobaczymy już wieżę. Przyglądaj się dobrze.
Nie minęła minuta, kiedy oczom dziewczynki ukazała się stalowa budowla będąc symbolem tego miasta. Wieża Eiffla. Była bardzo wysoka i pięknie podświetlona. U jej podnóża stała charakterystyczna karuzela z konikami i karetami. Wokół niej stała grupka dzieci śmiejących się i czekających na swoją kolejkę. Ona również była podświetlona. Tuż obok stała budka z watą cukrową, sprzedawaną we wszystkich kolorach tęczy. Przy wieży stały długie kolejki ludzi czekających na wjazd na najwyższy poziom wieży, aby podziwiać Paryż z góry.
- Wysiadamy – usłyszała głos opiekunki wyrywający ją z obserwacji.
Kierowca zaparkował na pobliskim parkingu. Miały do przejścia może dwieście metrów.
- Czy będziemy stać w tej długiej kolejce? – Zapytała zaciekawiona dziewczynka.
- Cóż, powinnyśmy, ale twój wuj, jako ważna osobistość w Paryżu, ma kartę, dzięki której możemy wjechać bez kolejki. Uważam, że to nie sprawiedliwe dla tych ludzi, czekających w bardzo długich kolejkach, ale musze przyznać, że to wielka wygoda.
Podczas tej wymiany zdań przebyły odcinek dzielący je od budki z biletami na wjazd windą na wieżę.
- Nie wjedziemy dzisiaj na samą górę. Zatrzymamy się na drugim poziomie gdzie jest Restauracja „Jules Verne”
5.
Mówiąc to wyjęła portfel i wysunęła z jednej z przegródek złotą kartę z jakimś napisem. Podała ją kasjerowi w okienku i po chwili miała już dwa bilety na wjazd. Przeszły do windy i poczekały aż zostanie wypełniona innymi pasażerami, aby mogła jechać na górę. Stały tuż przy wejściu, ponieważ prawdopodobnie będą wysiadały jako pierwsze – większość pasażerów to turyści, którzy od razu jadą na samą górę. Zapełnienie się windy nie trwało długo, więc już po chwili zaczęła jechać do góry. Monique była zachwycona. O Wieży Eiffla słyszała tylko z opowieści rodziców, którzy byli kiedyś w Paryżu, a widziała ją tylko na zdjęciach. Teraz jechała windą, aby znaleźć się na jednym z jej poziomów.
Winda zatrzymała się po raz pierwszy. Kilka osób wysiadło. Amanda wyjaśniła jej na ucho, że na tym poziomie znajduje się poczta. Gdy winda zatrzymała się po raz drugi, obie wysiadły a wraz z nimi jakaś starsza para.
Wystrój restauracji był prosty, utrzymany w czarnej tonacji. Przy oknach stały liczne stoliki. Były one najczęściej zajmowane, ponieważ rozciągał się z nich najlepszy widok. Na szczęście Amanda i Monique znalazły jeden wolny stolik przy oknie. Usiadły przy nim i czekając na kelnera, zaczęły rozmowę.
- Opowiedz mi coś o tej wieży. Tak właściwie, to nic o niej nie wiem… A skoro już tu jesteśmy i mamy trochę czasu…
- Oczywiście. Na pewno interesuje cię, kto ją zaprojektował i kiedy została wybudowana? – Zapytała, lecz nie czekając na odpowiedź kontynuowała – Więc tak, Wieżę Eiffl’a zaprojektował Gustaw Eiffel, stąd też jej nazwa. Została ona wybudowana w 1889 roku. Na początku nie zdobyła sobie ona uznania. Większość artystów krytykowała ją. Niegdyś poeta Paul Verlaine
6 wolał nadłożyć drogi, aby jej nie oglądać. Do 1931 roku, kiedy wybudowano nowojorski Empire State Building
7, była najwyższą konstrukcją na świecie. – przerwała, ponieważ w tym momencie podszedł kelner, aby dać im karty z menu. Monique niedługo zaprzątała sobie głowę myślą skąd, Amanda wie tyle o tym mieście.
Zaczęły przeglądać. Monique bardzo długo zastanawiała się, co wybrać. Nie znała prawie żadnej nazwy przedstawionej w menu. Zdeterminowana poprosiła o pomoc Amandę.
- Jak już wcześniej wspominałam, przyjechałyśmy tu na naleśniki z czekoladą. Jeżeli nie masz na nie ochoty, możemy wybrać coś innego. Ale osobiście polecam wszystkim tutejsze crepes
8.
- Mogą być. Skoro ty je polecasz, to na pewno są dobre.
- A do tego zamówię dwa razy sok pomarańczowy. Tak? – Dziewczynka kiwnęła głową. – W takim razie wołam kelnera.
Młody chłopak w białek koszuli podszedł ponownie do naszego stolika, zapisał zamówienie, po czym odszedł w stronę baru.
- Kontynuując moja opowieść… W 1912 roku trafił się śmiałek, ale raczej powszechnie znany jako wariat, niejaki Reisfeldt, paryski krawiec. Postanowił on sfrunąć z samego szczytu wieży na skrzydłach z upiętej peleryny.
- Zrobił to?!
- O tak…Poszybował ku śmierci na oczach zebranego tłumu. Sekcja zwłok wykazała później, że zmarł on na zawał, zanim jeszcze zetknął się z ziemią. Nie był to jedyny śmiałek. Wielu alpinistów wspinało się po ażurowej kratownicy. Oczywiście oprócz tego Wieża Eiffla jest obiektem wielu obrazów znanych malarzy. O, zobacz jak szybko uwinęli się z naszym zamówieniem. Kelner już je niesie. Tak, więc koniec tych pogaduszek. Na pewno jesteś głodna.
Kelner postawił przed nimi talerze ze złożonymi w trójkąt naleśnikami, posypanymi kakao. Każda z nich otrzymała również zdobioną szklankę z sokiem. Zaczęły jeść. Monique od razu stwierdziła, że nigdy nie jadła trak dobrych naleśników. Zawsze uważała, że to jej mama robi najlepsze pod słońcem, dopóki nie spróbowała tych. Ciasto było idealne, nie za słodkie, ale też i nie za słone. A czekolada w środku… Nie była to zwykła Nutella, którą smarowała naleśniki jej mama. O nie, to była prawdziwa czekolada o konsystencji Nutelli. Deser wręcz rozpływał się w ustach delikatnie pieszcząc podniebienie konsumenta. Sok był wyciskany z pomarańczy. Kwaśny, ale słodka czekolada zabijała jego smak. Monique nie pamiętała, kiedy jadła cokolwiek, co by jej aż tak smakowało.
- Dobre, prawda? – Zapytała Amanda.
- Nigdy nie jadłam czegoś lepszego! Jak oni to robią?
- Uwierz, też bym chciała wiedzieć, ale szef kuchni, a już tak dobry jak ten, nigdy nie zdradza swoich przepisów. Bo, po co ludzie przychodziliby do restauracji, jeżeli mogliby zjeść to samo w domu?- Uśmiechnęła się.
Nastała chwila ciszy. Monique nie mogła nacieszyć oczu widokiem rozciągającym się za oknem. Tuż pod wieżą wiła się Sekwana. Co jakiś czas przepływał po niej stateczek pięknie oświetlony, z całą masą turystów na pokładzie. Nad rzeką był bogato zdobiony most z dużą ilością rzeźb, z takiej wysokości przypominających raczej mrówki. Tuż za mostem był duży obszar zieleni, z wymyślnymi fontannami na środku. Tuż za fontannami był kolejny monumentalny budynek, który zachwycił Monique. Do tej pory, w swoim krótkim życiu nie widziała w ciągu jednego dnia tylu rzeczy, które by jej się aż tak podobały. Galeries Lafayette, Louvre, Wieża Eiffla… Wszystko to było dla niej obce, nieznane.
- Widzę, że podziwiasz widoki. – Zauważyła Amanda.
- Tak. Tu jest tak inaczej. Paryż to chyba najpiękniejsze miejsce na ziemi!
- No być może. Kiedyś pojedziemy do Włoch, to zobaczysz, że w Europie jest więcej tak pięknych miast jak Paryż.
- Naprawdę pojedziemy? Och, uwielbiam Włochy, a w szczególności starożytny Rzym. Zabytki z tego okresu widziałam tylko na zdjęciach w podręcznikach. Tam musi być pięknie! Często wyobrażałam sobie, że odwiedziłam Rzym. Spacerując ulicami, myślami byłam w starożytności. Oczami wyobraźni widziałam ludzi w togach spacerujących wraz ze mną…
- Obiecuję Ci, że kiedyś zobaczysz Rzym na żywo.
Uśmiech na twarzy dziewczynki udzielił się jej towarzyszce. Siedziały tak chwilę w milczeniu. Kiedy euforia dziewczynki zmalała do minimum, znów jej wzrok przyciągnęła budowla po drugiej stronie rzeki.
- To Palais de Chaillot
9 . Jego budowę rozpoczął Napoleon. Miał on być przeznaczony dla jego syna jako „największy i najwspanialszy” pałac. Parce przerwał upadek Napoleona. Niegdyś Palais de Trocadero, od 1937 do dziś w tym miejscu są dwa monumentalne, neoklasyczne skrzydła, składające się na pałac. W tym po lewej mieszczą się dwa muzea, a po prawej jest teatr i Cinematheque Francaise
10, czyli główny paryski instytut filmowy. Są w nim wyświetlane film, które już dawno zeszły z ekranów.
- Na pewno musi być to bardzo ciekawe miejsce – powiedziała Monique, a po chwili dodała - A te fontanny?
- To Fontanny Trocadero
11 . Wyrzucają strumienie wody w zaprogramowanym porządku. Kulminacyjnym punktem pokazu są strumienie wystrzelające w kierunku Wieży Eiffla. Jeżeli jeszcze chwilę poczekamy to pewnie to zobaczysz. W dzień nie są podświetlone, ale teraz, gdy się już ściemniło gra świateł i wody daje niezapomniany efekt – Amanda przerwała ponieważ właśnie strumienie wody skierowały się w stronę wieży. Z góry to wszystko wyglądało bardzo ciekawie, ale nie dawało zapewne takiego samego efektu jak z dołu.
- I jak Ci się podoba Paryż, Monique? – Zapytał pan Monfort po ich powrocie do willi. Siedział w salonie i popijał kawę czytając jakieś notatki.
- Jest piękny. Te budowle. Widziałyśmy Galeries Lafayette, Louvre, Wieżę Eiffla, de Chaillot… Nigdy w życiu nie widziałam tyle piękna w jednym dniu. Ponoć cały Paryż jest tak piękny, czy to prawda, proszę pana?
- Tak. Paryż jest piękny. I proszę cię, mów do mnie wuju. W końcu jesteśmy rodziną, nie ma powodów abyś mówiła do mnie per „Pan”. – uśmiech zagościł na jego twarzy. – A teraz pokaż szybko ca takiego kupiłyście dzisiaj z Amanda. Mam nadzieję, że nie dałaś jej za siebie decydować. Ta kobieta ma w sobie dar przekonywania, kiedyś się o tym przekonasz.
1 Quai Des Tuileries ulica nad Sekwaną, przy niej znajduje się Louvre.
2 Louvre to pałac, którego historia sięga średniowiecza, kiedy to król Filip August wybudował tu twierdzę, rozbudowaną później przez Karola V. Franciszek I na miejscu twierdzy wzniósł wspaniałą renesansową rezydencję. Przez stulecia powiększano ją i wzbogacano.
3„Mona Lisa” Leonarda da Vinci to portret żony florenckiego patrycjusza. Szybko został uznany za ideał renesansowego portretu. Tajemniczy uśmiech portretowanej od dawna jest przedmiotem komentarzy i interpretacji.
4 Musee du Louvre to jedno z najważniejszych muzeów sztuki na świecie. Znajdują tu się takie dzieła jak Wenus z Milo, „Tratwa Meduzy”, „Koronczarka”, „Umierający niewolnik”, „Konie z Marly”.
5 Restauracja „Jules Verne” znajduje się na drugim poziomie Wieży Eiffla. Prosty, czarny wystrój wnętrza świetnie pasuje do tego miejsca, a kuchnia jest rzeczywiście znakomita.
6 Paul Verlaine (1844 - 1896) – jeden z największych i najbardziej uznanych poetów francuskich. Zaliczany do grona poetów wyklętych. Przedstawiciel impresjonizmu w literaturze.
7 Empire State Building jest wieżowcem w Nowym Jorku w Stanach Zjednoczonych. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli nie tylko miasta, ale także całego kraju.
8 crepes – po francusku naleśniki.
9 Palais de Chaillot neoklasyczny gmach wybudowany na miejscu Palais de Trocadero na Wystawę Światową. Jest położony nad Sekwaną.
10 Cinematheque Francaise posiada największy na świecie zbiór klasyki filmowej i prezentuje cykle poświęcone legendarnym gwiazdom kina i reżyserom.
11 Fontanny Trocadero położone są przed Palais de Chaillot, skierowane w kierunku Wieży Eiffla.
Komentarze | (20)
Rozdzial 3.
Poszły razem na górę, do pokoju Monique. Amanda z przykrością stwierdziła, że rzeczywiście garderoba dziewczynki jest w beznadziejnym stanie. Przejrzała jej ciuchy i już po chwili wszystkie znalazły się na stercie „do kosza”. Monique patrzyła na swoje ciuchy lądujące raz po raz na podłodze. Nie było jej żal. Nie lubiła ich. Mama z uporem maniaka kupowała jej ubrania jak dla lalki Barbie, a ona tego nie znosiła.
- Tak więc, Monique, czekają nas długie zakupy. Chodź póki jest jeszcze wczesna godzina. Pojedziemy najpierw do Galeries Lafayette
1 a później, to się zobaczy. Co ty na to? Dziewczynka spojrzała na nią wielkimi oczami, nie wiedząc co to jest Galeries Lafayette, ale kiwnęła niepewnie głową.
- Świetnie. Powiem Jacincie, żeby zajęła się tym starymi – tu urwała na chwilkę i spojrzała na kupkę starych ciuchów – ubraniami. A my już chodźmy. Samochód wuja już pewnie czeka na podjeździe.
Zeszły po długich, zdobionych schodach, aby wyjść przez równie zdobione drzwi. Na dworze było chłodno, ale dziewczynka nie zdążyła tego odczuć, bo już po chwili siedziała w ogrzewanym samochodzie. Nie zdziwiła się widząc w środku szofera. Już przywykła do tego, że wuj ma liczną służbę i jest bardzo, ale to bardzo bogaty.
Wnętrze samochodu nie zostawiało praktycznie nic do życzenia. Fotele obite kremową skórą pasowały do lekko przyciemnianych szyb samochodu. Było w nim tyle akcesoriów, że łatwo można się było wśród nich pogubić. Spokojna muzyka sprawiała, że człowiek odrywał się od rzeczywistości.
Monique z ogromnym zaciekawieniem wyglądała przez okno. Pierwszy raz była w tak ogromnym i ważnym mieście, jakim był Paryż. Odjeżdżając spod posiadłości spojrzała na tabliczkę z nazwą ulicy – Rue Murillo
2. Ta nazwa, jak i wszystkie inne w tym mieście, nic jej nie mówiły. Jadąc nie mogła nacieszyć oczu wszystkimi budowlami, które mijali.
- Widzę, że patrzysz na wszystko z wielkim zaciekawieniem. Obiecuję ci, że po zakupach pojedziemy pod Wieżę Eiffla. Wieczorem, gdy jest już ciemno, wygląda wspaniale. Monique czy ty mnie w ogóle słuchasz – powiedziała uśmiechając się. Widziała jak dziewczynka z przejęciem zapamiętuje każdy budynek, patrzy na ludzi chodzących wzdłuż uliczek i siedzących w kawiarniach na popołudniowej kawie.
- Przepraszam panią bardzo, pani Amando. To wszystko jest takie inne, takie zachwycające. Co pani mówiła?
- Pytałam się czy chcesz wieczorem po zakupach podjechać pod Wieżę Eiffla?
- Wieża Eiffla? To ta na cały świat znana wieża, z której widać cały Paryż? – zapytała z zaciekawieniem.
- Tak, to ta – uśmiechnęła się, po czym dodała – proszę, mów do mnie po imieniu.
Dziewczynka w odpowiedzi kiwnęła głową i wróciła do dalszego podziwiania widoków za oknem.
- Jesteśmy na miejscu. Oto Galleries Lafayette.
Weszły właśnie do środka głównym wejściem. Oczom Monique ukazały się liczne stoiska sklepów z nazwami, o których słyszała wyłącznie z okładek kolorowych czasopism. Na licznych półkach i szafkach były porozkładane liczne akcesoria: kapelusze, torby, portfele czy szale. Przeszyły obok nich, aby znaleźć się na środku domu handlowego, pod wielką, szklaną kopułą w stylu La Belle Epoque
3. Dziewczynka podniosła głowę do góry, aby lepiej się jej przyjrzeć. Była ona tak jakby jednym wielkim półkolistym witrażem. Wszędzie były złote zdobienia a wszystko razem było niewiarygodnie piękne. Liczne balkony z bogato zdobionymi kolumnami dodawały uroku i tak już pięknemu wnętrzu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nad nią jest jeszcze kilka pięter. Stała tak chwilę z lekko rozszerzonymi wargami.
- Ależ tu pięknie – powiedziała w końcu.
- Tak, wiem. Chociaż gdy jest się tu któryś raz z kolei, nie zwraca się już uwagi na to piękne wykończenie. Ale pamiętam, że gdy byłam tu pierwszy raz, wiele lat temu, też podziwiałam wszystko, co mnie tu otaczało – powiedziała, poczym dodała po chwili - Więc gdzie by się najpierw udać. Sądzę, że stoisko Baby Dior
4 jest najbliżej, a tam zawsze mają duży wybór. Chyba, że wolisz inne sklepy. Pójdziemy gdzie tylko zechcesz – uśmiechnęła się.
- Nie sądzę abym znała, którykolwiek ze sklepów, które tu się znajdują, dlatego zdaję się na ciebie.
Amanda kiwnęła głową i złapała ją za rękę, aby nie zgubiła się wśród tłumów spacerujących pomiędzy stoiskami. Na parterze były głównie kosmetyki i akcesoria, na pierwszym i drugim piętrze ubrania dla kobiet, a dopiero na trzecim był dział dziecięco-młodzieżowy.
- Powiedz mi, Manique, jakie kolory lubisz? Wolisz spodnie czy spódnice?
- Do tej pory mama kupowała mi głównie różowe ciuchy, ale nie za bardzo za nimi przepadałam. Wolę raczej kremowy czy czerwony, nie mam też nic przeciwko czarnemu.
- No to widać od razu, że masz dobry gust. W takim razie chodź, poszukamy czegoś dla ciebie.
Już po chwili Amanda trzymała w ręku kilka a może nawet kilkanaście wieszaków z koszulkami, spódnicami, spodniami i bluzami. Skierowały się do przymierzalni.
- Poradzisz sobie, czy mam ci pomóc?
„A już myślałam, że zrozumiała, że nie jestem dzieckiem” – pomyślała Monique, po czym powiedziała do opiekunki:
- Nie, raczej dam sobie radę. Poczekaj na mnie, zaraz wyjdę.
Schowała się za czarną kotarą. Stała oko w oko ze swoim lustrzanym odbiciem. Była chudą ciemnowłosą dwunastolatką. Jej malinowe usta kontrastowały z jasną, porcelanową cerą. Ciemne oczy patrzyły z zaciekawieniem na świat. Nie była wysoka jak na swój wiek, ale rodzice często powtarzali jej, że jeszcze urośnie.
Właśnie. Rodzice. Jak ona za nimi tęskniła. Tak naprawdę, to nie docierało do niej to, co się stało. Gdy dowiedziała się o ich śmierci płakała. Bardzo długo nie mogła dojść do siebie. Ale po tygodniu było już inaczej. Brakowało jej ciepła, jakim ją otaczali. Zastanawiała się gdzie teraz są, i co robią. Kiedy wrócą. Wiedziała co to jest śmierć, ale nie mogła w nią uwierzyć. Nie mogła uwierzyć w to, że jej rodzice jej ulegli. Miała nadzieję przez pierwszych kilka dni, że rodzice zapukają do drzwi domu kuratorki i zabiorą ją stamtąd. Niestety nic takiego się nie stało. Gdy zasypiała wracały wspomnienia. Pamiętała, jak mam zawsze czytała jej książki przed zaśnięciem. Jej melodyjny głos szybko ją usypiał. O jak bardzo brakowało jej tych wieczorów…
- Monique? Jak ci idzie? – zapytała zniecierpliwiona Amanda.
Te słowa spowodowały, że Monique wróciła na ziemię. Przestała myśleć o rodzicach. Skupiła się na rzeczywistości.
Zdjęła szaro-różową bluzkę i założyła kremowy golf z czarnym, wyhaftowanym kwiatem. Chwilę później na miejscu starych dżinsów pojawiła się czarna spódnica za kolana. Narzuciła czerwoną bluzę z bufiastymi rękawami, zapinaną na guziki i wyszła, aby pokazać się młodej kobiecie czekającej na nią na wygodnej, aksamitnej kanapie.
- Monique wyglądasz olśniewająco! Ale zaraz… Tobie chyba nie przypadł do gustu ten strój – stwierdziła ze zdziwieniem patrząc na minę młodej towarzyszki.
- Nie, nie. Jest naprawdę wspaniały, tylko… Amanda, czy ty spojrzałaś na ceny – powiedziała chwytając w małą dłoń prostokątny kartonik z ceną.
- Och kochana, cena nie gra roli, jak to mówi twój wuj. I tak, oczywiście zdaję sobie sprawę ile mogą kosztować ciuchy z takiej firmy jak ta.
- Nie sądzę abym dobrze się czuła w tak ekskluzywnych ubraniach. Nigdy nie miałam tak drogiej rzeczy…
- Jak chcesz możemy poszukać czegoś tańszego, ale w tym naprawdę wyglądasz przepięknie… Tak dziewczęco!
Monique zarumieniła się lekko.
- Nie, nie musimy. To, co wybrałyśmy naprawdę mi się podoba. Zawsze marzyłam o takich ubraniach.
- No więc nie widzę problemu. Przymierz pozostałe komplety, a później pójdziemy dalej.
Po zaprezentowaniu się we wszystkich ciuchach, i w tych które Amanda wybrała na początku, i w tych które przyniosła uprzejma ekspedientka, udały się do kasy aby uregulować należność. Odchodząc od stanowiska Diora udały się z powrotem na sam dół, aby kupić kolejno beret, torebeczkę i kilka par butów firmy Froment-Leroyer
5 pasujących zarówno do wszelkich ubrań, które dzisiaj nabyły, ale również do wiosennego płaszczyka zakupionego pod koniec zakupów.
- Ale jestem zmęczona – jęknęła cichutko dziewczynka powłócząc nogami za opiekunką w stronę samochodu.
- Za chwilkę usiądziemy w samochodzie i będziemy mogły odpocząć. Ale zanim wrócimy do domu pojedziemy pod Wieżę Eiffla gdzie zjemy po naleśniku z czekoladą, co ty na to? – Amanda uśmiechnęła się od ucha do ucha. Widać było, że towarzystwo dziewczynki pozytywnie wpływało na jej nastrój.
1 Galeries Lafayette to wielki, paryski dom handlowy. Jest tu ogromny wybór ubrań w najdroższych cenach. Znajdziecie tu takie marki jak Dior, Chanel, MaxMara, Giorgio Armani, Nina Ricci czy Versace.
2 Rue Murillo jest to ulica naprzeciwko Parc Monceau. Miałam duży problem z umiejscowieniem willi Monforta. Wahałam się pomiędzy Place de Rio de Janeiro, a właśnie Rue Murillo.
3 La Belle Epoque nazwa nadana okresowi od zakończenia wojny francusko-pruskiej w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej. Był to okres rozkwitu kultury, spokoju i pomyślności.
4 Baby Dior powstał z myślą o młodszych klientach.
5 Froment-Leroyer to firma produkująca najlepsze klasyczne buty dla dzieci. Nie jestem pewna czy jej stoisko na pewno znajduje się w Galeries Lafayette.
Komentarze | (25)
Rozdzial 2.
Siedziała i przysłuchiwał się dyskusji prowadzącej jak dotąd do nikąd. Pani Ljones próbowała przekonać jej wuja, że nie będzie sprawiała mu kłopotu, że jest grzecznym dzieckiem. Pan Monfort wyglądał tak jakby słuchał tylko jednym uchem, drugim zaś wypuszczał każde słowo wypowiedziane przez kuratorkę.
- Panie Monfort, nie uwierzę jak powie pan, że nie zależy panu na Monique. Jest pan jej jedynym krewnym we Francji. Dziewczynka przejechał długą i męczącą drogę. Niech pan jej nie odrzuca. Poza tym świętej pamięci pani Rousseau, matka Monique, prosiła w testamencie, aby to właśnie pan zaopiekował się jej dzieckiem w razie przedwczesnej śmierci obojga rodziców. Niech pan wreszcie to zrozumie!
- Wybrała mnie tylko dlatego, że mam duży dom i jestem bogaty. Nawet mnie nie znała. Ja sam widziałem ją tylko trzy razy w życiu: na jej chrzcinach, ślubie i na pogrzebie jej matki, a mojej siostry. Nie sądzi pani, że to dosyć mało, aby właśnie mnie wyznaczyć na opiekuna tej dziewczynki!
- A mógłby pan spojrzeć na to z innej strony! Gdy pan jej nie przygarnie, Monique wyląduje w domu dziecka! Bez jakiejkolwiek rodziny. Czy to jest lepsze rozwiązanie? – Pani Ljones, młoda kuratorka wyznaczona do opieki nad panienką Rousseau po śmierci jej rodziców, była zaciętą szatynką o dobitnie szczerych oczach. Od razu przypadła Monique do gustu, bo potrafiła walczyć o swoje. W pewien sposób podziwiała jej zapał.
Nastała długa i jak to zwykle bywa niezręczna cisza. Pani Ljones świdrowała wzrokiem wuja, on zaś z ukosa spoglądał na dziewczynkę, udającą, że zainteresowała ją szpara w podłodze. W rzeczywistości jej wzrok błądził gdzieś w przeszłości. Gdzieś, gdzie byli jej rodzice. Gdzieś gdzie czuła się bezpiecznie. Wiedziała, że nigdy już tam nie znajdzie, ale wspomnienia dodawały jej sił.
- A co lubisz robić, Monique? – zapytał nagle pan Monfort.
- Ja… Ja lubię czytać książki i… – jąkała się – …i trochę rysuję.
- Lubisz rysować? A co rysujesz?
- Różnie. Najczęściej to, co mi się podoba.
Wuj wyglądał na zaskoczonego. Dokładniej się jej przyjrzał, po czym przechylił głowę lekko w lewo spoglądając na kuratorkę.
Monique zdawała sobie sprawę z tego, że jej zainteresowania są nietypowe jak na dwunastoletnią dziewczynkę. Większość dzieci w tym wieku zdecydowanie woli się bawić, i rzadko które rozwija swoje talenty. Nigdy nie lubiła bawić się z innymi, może dlatego, że oni jej nie rozumieli. Zawsze była sam. Rodzice ciężko pracowali, dużo czasu spędzali poza domem, aby zapewnić jej życie na przyzwoitym poziomie. Nie miała koleżanek i kolegów. Jej jedynymi przyjaciółmi były postaci z książek i kredki.
- Monique pójdź na górę do swojego pokoju. Muszę porozmawiać z panią Ljones na osobności. Jak chcesz możesz też zajrzeć do biblioteki, Jacinta z przyjemnością ci to umożliwi – skinął na służącą.
- Oczywiście, panie Monfort.
Dygnęła w kierunku pani Ljones i wyszła za Jacintą na korytarz. Kobieta wyjęła z kieszeni pęk starych kluczy.
- Polubił cię.
- Słucham? – nie za bardzo zwróciła uwagę na to, co przed chwilą powiedziała.
- Pan Monfort, polubił cię. Nikt nie ma dostępu do jego biblioteki. To wielki zaszczyt.
Postanowiła stanąć na wysokości zadania i zachowywać się godnie, jak na taki zaszczyt przystało.
Przeszły kilka korytarzy, aż w końcu stanęły przed wielkimi dębowymi drzwiami z mosiężną klamką w kształcie lecącego nietoperza. Jacinta kilkoma słowami wyjaśniła, że obok znajduje się gabinet wuja, i że pod żadnym pozorem nie ma prawa tam wchodzić.
- Będę na korytarzu. Gdybyś miała z czymś problem, zawołaj.
- Dziękuję.
Znalazła się w przytłaczającym i ponurym pomieszczeniu. Okna były ukryte gdzieś za wielkimi regałami pełnymi starych, wręcz rozsypujących się książek, zawierających w sobie treść owianą tajemnicą osób, które je przeczytały. Jedyne światło dawała malutka lampka, z którą zostawiła ją Jacinta. Przeszła kilka kroków w przód. Jej oczom ukazał się istny raj dla duszy. Cały pokój wypełniony był książkami, każda półka „pękała w szwach”. Na samym środku stał niewielki stolik z dwoma fotelami, obitymi skórą. Zrobiła kolejne kilka kroków. Podłoga w odzewie na jej ruch zaskrzypiała cichutko. Bała się odezwać słowem, aby nie zakłócić tej magicznej chwili. Najdelikatniej jak potrafiła, opuszkami palców przejechała po grzbiecie jednej z książek. Jej tytuł przemawiał do niej złotymi, ozdobnymi literami. Ujęła książkę w dłoń i wyjęła ją z pomiędzy innych opasłych tomów. Była bardzo zakurzona, więc delikatnie na nią dmuchnęła. W powietrze wystrzelił złoty pył, pięknie mieniący się w półmroku. Monique przez chwilę zachwycała się tym zjawiskiem, po czym pochyliła głowę nad książką, aby odczytać jej tytuł.
"Dolina Mgieł"
Alice Berd
Tytuł brzmiał zachęcająco. Dziewczynka wzięła ją pod pachę i udał się do stolika, który mijała wcześniej. Lampkę postawiła na stole, sama zaś usiadła na jednym z foteli. Otworzyła książkę i przejrzała datę i miejsce wydania. Informacje na pierwszej stronie dały jej do zrozumienia, że książka wcale nie jest taka stara, na jaką wygląda a wydano ją właśnie w Paryżu. Jej autorka napisała ją niecałe dziesięć lat temu. Monique przewróciła kilka kartek, aż wreszcie jej oczom ukazał się napis „Rozdział I”. Zapominając o tym, że wuj rozmawia z kuratorką, a Jacinta czeka na nią przed drzwiami, zanurzyła się w lekturze.
- Przepraszam, że panience przeszkadzam w lekturze, ale wuj panienkę woła. – powiedziała Jacinta wychylając się zza jednego z regałów.
Moniqeu podniosła na nią wzrok znad książki i kiwnęła głową. Wstając, założyła książkę kartką, która leżała na stole, zamknęła ją i wsadziwszy pod pachę wyszła za służącą. Powoli już orientowała się jak trafić zacienionym korytarzem z biblioteki do salonu. Mimo to trzymała się blisko Jacinty. Po chwili weszły do tak samo zacienionego salonu. Pani Ljones opuściła już willę wuja, a ten siedząc w fotelu czekał na przybycie siostrzenicy patrząc nieobecnym wzrokiem w ścianę.
- Panie Monfort, przyprowadziłam panienkę Moniqeu, jak pan kazał.
- Dziękuję ci Jacinto, poczekaj na zewnątrz. Muszę z nią porozmawiać na osobności.
Kobieta kiwnęła głową i chwilę później znalazła się już za wielkimi drzwiami. Moniqeu zaś stała nadal na środku patrząc się z zaciekawieniem na wuja. Dopiero teraz zauważyła, że wcale nie jest taki stary, za to bardzo blady. „Może jest na coś chory” – zastanawiała się. Rysy jego twarzy były ostro zarysowane, a kości policzkowe były wyraźniejsze. Mimo to wuj wydawał się być bardzo przystojny. Siwizna lekko przyprószyła jego ciemne włosy. Oczy koloru nieba patrzyły na świat tak jakby przez mgłę. Chodził w grafitowym garniturze i krwistoczerownej koszuli. Spodnie pasujące do garnituru podtrzymywał czarny, skórzany pasek ze złotą sprzączką.
- Usiądź, proszę – wskazał na fotel naprzeciwko siebie.
Moniqeu usiadła.
- Zapewne domyślasz się, o czym chcę z tobą porozmawiać? – Powiedział, ale nie czekając na odpowiedź kontynuował – Jesteś tu, bo jestem twoim jedynym żyjącym krewnym. Nie uważam oddawania ciebie pod moją opiekę za dobry pomysł, ale nie ze względu na to, że nie mam na to ochoty, tylko, dlatego że nie sądzę, aby było ci tu dobrze. Jak widzisz jestem już starszym człowiekiem. Często wyjeżdżam, a mój dom, jak już pewnie zauważyłaś, nie należy do zbyt pogodnych. Jest jeszcze jeden powód, ale… O nim dowiesz się w swoim czasie. Prawdopodobnie na przyszły rok szkolny wyślę cię do szkoły z internatem. Uzgodniłem to już z panią Ljones. Nie uważała tego za najlepszy pomysł, ale zgodziła się. Sądzę, że w szkole będziesz miała wiele koleżanek, a tu… Tu nie ma nikogo w twoim wieku. Tak więc, przez najbliższe kilka miesięcy pomieszkasz tu, a od września zapiszę cię do najlepszej szkoły w okolicach Paryża. Oczywiście będzie mogła przyjeżdżać tu, kiedy tylko będziesz chciała. Co prawda moja willa nie leży blisko szkoły, do której mam zamiar cię wysłać, ale to nie stanowi problemu. Czy odpowiada ci taki plan?
Nastała chwila ciszy. Dziewczynka była zaskoczona słowami wuja.
- T-tak.
- Świetnie. Czy masz jakieś potrzeby, czegoś ci brakuje?
Monique od razu na myśl przyszły ponure ściany w jej pokoju. Na początku zawahała się, ale gdy przypomniała sobie słowa Amandy, od razu zapytała:
- Czy w moim pokoju można będzie przemalować ściany na jakiś inny kolor?
- Tak myślałem, że ten szary odcień nie przypadnie ci do gustu. Oczywiście, że będzie można. Gdy tylko znajdę chwilkę czasu, zajmę się tym. Ty tylko wskażesz kolor farby. Jeżeli chcesz możemy też poszukać innego dywanu? – Gdy zobaczył uśmiech na ustach dziewczynki, kontynuował – Potrzebujesz może nowych ubrań, książek?
Popatrzyła na niego przerażonym wzrokiem.
- No nie bój się. Mów śmiało, czego potrzebujesz?
- Mam tylko kilka starych ubrań. Ale naprawdę nie potrzebuję nowych.
- Bzdura. Potrzebujesz na pewno. Zaraz zawołam Amandę, na pewno z chęcią zabierze cię na zakupy do centrum, w końcu wy kobiety, i te małe i duże, kochacie zakupy, prawda?
Kiwnęła niepewnie głową. Była zaskoczona zmianą nastawienia wuja. Teraz uśmiechał się i był pełen entuzjazmu.
- Poproś Jacintę, żeby zawołała do mnie Amandę, dobrze?
Wyszła a po chwili wróciła już z Amandą. Obie stanęły naprzeciwko pana Monforta.
- Amando, moja droga, bądź tak dobra i zabierz ją na zakupy. Zapiera się, że to, co ma jej wystarczy, a ja doskonale zdaję sobie sprawę jak dobrze zakupy robią kobiecie, nawet tak młodej – tu Moniqeu mogła przysiąc, że widziała jak wuj puścił do niej oko.
- Nie ma problemu, panie Monfort. Zaraz się tym zajmiemy.
Pan domu kiwnął głową, dając im znać, że mogą wyjść.
Komentarze | (28)
Rozdzial 1.
Kawałki drewna lądowały we wnętrzu kominka, jeden za drugim i już po chwili całkowicie zapełniły ponurą wnękę. Jedna zapałka roznieciła w środku leciutki żar, przemieniający się z minuty na minutę w prawdziwą walkę na płomienie. Ogień z kominka powoli zaczął ogrzewać pokój, a bijąca od niego łuna delikatnie rozświetliła mrok pomieszczenia. W cieniach majaczył stary bujany fotel, a w nim siedziała równie niewyraźna sylwetka tajemniczej postaci. Monique Rousseau siedziała parę metrów na lewo od owego fotela, na pufie ledwo odstającej od ziemi, z niezadowoloną miną. Pierwszy raz była w tak ponurym pomieszczeniu, gdzie ledwo można było dostrzec kontury znajdujących się w nim przedmiotów. Spoglądała to na kominek, to na mężczyznę, który spał w fotelu. Siedziała tu od dobrej godziny, czekając aż owy człowiek się zbudzi. Lecz ten pochrapywał tylko i kiwał się od czasu do czasu. Było to dla niej bardzo nużące, a na dodatek nie reagowała dobrze na klimat pomieszczenia. Z nosa zaczęły skapywać jej kropelki. Na szczęście lokaj w końcu to dostrzegł i rozpalił stary, najprawdopodobniej rzadko używany kominek.
Nagle, z piętra niżej doszedł jakiś niemiłosierny huk. Zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem owy człowiek spoczywający w fotelu nie zapadł w sen wieczny, lecz zobaczyła jak zrywa się na równe nogi zrzucając z kolan kota, który do tej pory przyjaźnie mruczał. Pan tego domu był człowiekiem lekko już przyprószonym siwizną. Otrząsnął się z ostatnich wspomnień snu i rozejrzał się swoimi paciorkowatymi oczami po pokoju. Zatrzymał wzrok na dziewczynce, która również świdrowała go wzrokiem, i przechylił głowę jak małe dziecko, które się zastanawia. Po chwili spytał:
- A ty, to kto?
Już miała zamiar zacząć się jąkać. Już nawet otworzyła usta, lecz zamknęła je od razu, gdy usłyszała odpowiedź z głębi cienia.
- Córka pańskiej chrześniaczki, Monique Cornelia Rousseau. Przybyła tu niecałe dwie godziny temu. – Odparł aksamitny acz zdecydowany kobiecy głos. Monique odwróciła się w kierunku, z którego dochodził, lecz cień skutecznie uniemożliwił jej dostrzeżenie postaci. W oddali migotała tylko para błyszczących oczu. Wstała z pufy i podeszła powolnym krokiem do kominka, aby znaleźć się w strefie, którą oświetlała bijąca od niego łuna. Teraz była widzialna dla wszystkich, ale i lepiej widziała kobietę stojącą przy drzwiach.
- Witaj Monique, jestem Amanda, twoja nowa opiekunka i nauczycielka zarazem. – Zgrabna kobieta, mająca może dwadzieścia trzy lata za sobą, podeszła do kominka i stanęła przed zaskoczoną dziewczynką. Mimo jej ciepłych fiołkowych oczu, nie potrafiła ukryć zdziwienia, które wywołała cała ta sytuacja i nadal patrzyła na nią lekko niepewnie. Być może, dlatego, że twarz kobiety było nienaturalnie blada. Pogładziła ją po policzku swoimi delikatnymi jak jedwab opuszkami palców. Dziewczynka zdziwiła się jeszcze bardziej, ponieważ skóra Amandy była o ładnych kilka stopni chłodniejsza.
- Będziesz od teraz mieszkała w tej willi. Mam nadzieję, że ci się tu spodoba, pomimo mroków panujących w pomieszczeniach. Jacinta za chwilę oprowadzi cię i pokaże twój pokój. Kolacja jest o dziewiętnastej trzydzieści więc, jeżeli będziesz głodna zejdź do jadalni. Będzie na ciebie czekało wolne miejsce. A teraz pozwól, że ci przedstawię – wskazała ręką na mężczyznę powoli zmierzającego w ich kierunku – Twój wuj, Robert Monfort. Teraz to on jest twoim prawnym opiekunem. Może wygląda groźnie, ale jak przekonasz go do siebie to na pewno zmieni nastawienie do ciebie i do tego, że będziesz tu teraz mieszkała. No, a teraz idź z Jacintą, przyjdę do ciebie za jakąś godzinę.
Lekko popchnęła ją w kierunku owej Jacinty. Traktowała ją jak kilkuletnie dziecko, którym już nie była. Wprawiło ją to w dziwny nastrój, i poczuła złość do tej kobiety. Służąca, która stała w drzwiach, czekała spokojnie. Była dosyć niską kobietą w średnim wieku, lecz jej promienny uśmiech odejmował jej kilka lat. Miała tyle energii, co pięcioletnie dziecko, i uwielbiała kolor żółty, co widać było po jej ubraniu, wyłaniającemu się spod bialutkiego fartuszka.
Złapała Monique za rękę i ruszyła zacienionym korytarzem. Po chwili znalazły się w pokoju wejściowym, który już wcześniej odwiedziły idąc do jednego z pokoi pana Monforta. Prawdę mówiąc, Monique wolała zadać kilka albo nawet kilkadziesiąt pytań, niż zwiedzać zakurzony dom, ale najwyraźniej nie było jej to dane. Bez słowa udał się za Jacintą do jadalni, łazienki, salonu i kilku innych pomieszczeń. Podczas tej wycieczki ominęły kilkoro drzwi, z których służąca przedstawiła tylko jedne, jako gabinet pana Monforta. Zaciekawiła ją cała reszta pokoi, bo jak się dowiedziała sypialnie służby znajdowały się na poddaszu, więc drzwi, które widziała pozostały anonimowe. Gosposia mówiła krótko o każdym pokoju, który odwiedziły. Musiała przyznać, że dom był ponury, ale urządzony ze smakiem i wdziękiem. Wiśniowa boazeria okrywała ściany do połowy w każdym z pokoi a powyżej niej znajdował się kawałek, który poświęcony był różnym kolorom farby. W każdym pomieszczeniu spoczywał gruby dywan w przeróżne wzory, zazwyczaj utrzymujący ponurą tonację kolorystyczną. Można też było dopatrzyć się wielu bogatych obrazów przedstawiających przeróżne postacie, od małej dziewczynki na łące maków, po czarnego anioła nad grobem jakiejś kobiety. Zaciekawił ją wystrój tego domu, i stwierdziła, że na pewno minie dużo czasu zanim pozna wszystkie jego pomieszczenia i sekrety.
W końcu dotarły do pokoiku na drugim piętrze, który został przedstawiony jako jej nowy „kącik zabaw” - "kolejna osoba, która traktuje mnie jak dziecko", stwierdziła posępnie. Spoczywało w nim bogato zdobione łóżko z baldachimem, kilka skrzyń poustawianych jedna na drugiej, szafka z pustymi półkami, szafa na ubrania i małe biurko z krzesłem. Wszystkie meble były z tak samo zdobionego kompletu, co łóżko. Gdy się odwróciła Jacinty już nie było. Jeszcze raz omiotła pokój wzrokiem, po czym zatrzymała oczy na swojej walizce.
- Nareszcie… - Odetchnęła.
Przyciągnęła walizkę do łóżka i rozpięła zamek. Przed nią ukazało się wszystko, co miała: sterta starych ubrań, książki i zeszyty, zapisane w mniejszym lub większym stopniu, zestaw kredek, dwie grube teczki z rysunkami i kilka bloków z czystymi kartkami. Wszystko zgarnięte z jej poprzedniego domu w wielkim pośpiechu. Najpierw wyjęła ubrania, które niedbale wrzucane w pośpiechu do walizki, walały się pomiędzy innymi przedmiotami. Gdy w końcu stwierdziła, że pomiędzy książkami nie ma żadnej skarpetki, poukładała ubrania i wsadziła do zakurzonej szafy, zapełniając niecałe dwie półki. Ponownie rozejrzała się po swoim „kąciku zabaw”. Był pusty. Brakowało w nim życia. Ściany były pomalowane na smutny, popielaty kolor, podłogi wyłożone były drewnem, które mogło liczyć sobie ze sto lat albo i więcej, a na wierzch rzucony był stary dywan w niezbyt ciekawy wzór.
Wróciła na łóżko, aby skończyć to, co zaczęła. Wyjęła najpierw kilka ładnie oprawionych książek i ustawiła je na pustej półce. Po kilku rundkach wszystkie książki spoczywały na półkach, a zeszyty i bloki leżały równo w szufladce w biurku. Na dnie walizeczki spoczywała ostatnia już rzecz – zdjęcie jej rodziców w zdobionej ramce. Zajęło ono honorowe miejsce na półce przy łóżku. Podeszła do okna i otworzyła je, aby wpuścić trochę świeżego powietrza, do pomieszczenia. Był chłodny, czerwcowy poranek. Z okna, o dziwo rozpościerał się wspaniały widok. Widać było z niego zielony, nieduży park. Zachwycona tym widokiem postanowiła przeciągnąć biurko pod okno tak, aby mieć z niego piękny widok na świat, a nie na ponurą ścianę, jak było obecnie. Gdy właśnie miała się za to zabrać usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę!
Do pokoju weszła Amanda z beztroską miną. W ręku trzymała czystą pościel i zasłony w kolorze krwistej czerwieni. Pomyślała, że może w końcu coś ożywi ten mroczny pokój.
-Przyniosłam ci czystą pościel i zasłony. Pomożesz mi przy pościeli? Przydałaby się pomocna para rąk do powlekania poduszek. – Powiedziała słodko, a ona w odpowiedzi uśmiechnął się sztucznym, lecz miłym uśmiechem.
- Oczywiście, że ci pomogę.
Chwyciła za pierwszą lepszą poduszkę i zaczęła ją powlekać w szarego jaśka. Po głowie chodziło jej kilka pytań. Nie wiedziała tylko, od którego miała zacząć. W końcu zapytała:
- Czy będzie można przemalować ściany na inny kolor? Ten jest bardzo ponury.
- Och nie mnie o to pytaj. Willa należy do twojego wuja. To on tu decyduje, chociaż jestem pewna, że jak go poprosisz to na pewno pozwoli.
Ta odpowiedź podniosła ją na duchu. Była to pierwsza rzecz, o którą postanowiła poprosić wuja. Skoro Amanda powiedziała, że na pewno się zgodzi tą sprawę ma za sobą. Teraz przyszła kolej na inne pytania.
- Wiesz może, kiedy ma przyjść pani Ljones?
- Niestety, Monique, nie wiem. Ale na pewno niedługo. Jutro albo pojutrze. Wuj musi z nią porozmawiać na kilka tematów, dotyczących ciebie i…
- I śmierci moich rodziców – dokończyła za nią.
Chyba w tym momencie zrozumiała, że nie jest już dzieckiem.
Komentarze | (21)
Okladka
Szablon wykonałam sama Zdjęcia znalazłam na
Gaspard Ulliel Gallery oraz na Keira Knightley Gallery. Brushes & pettern znalezione w internecie, zapisane, nie pamiętam skąd. Jak ktoś coś "pożyczy" to nie ręczę za siebie. Doceńcie ciężką pracę!
Najlepiej przeglądać w Internet Explorer